zaskoczenie

hej,
nie uwierzycie co mnie ostatnio spotkało, a raczej kto się ze mną spotkał. M przyjechał. Jego chęć na spotkanie była tak ogromna, że za pomocą sms raczył mnie poinformować że będzie już o godzinie 11:00. Na szczęście miałam mnóstwo planów, i o 11:00 spotkać się z nim nie mogłam bo cały dzień poświęcić zamierzałam na zacieśnianie relacji z rodziną mojego lubego. Poza tym, to były jego urodziny. Do spotkania jednak doszło, o godzinie 20:00 miałam go już przed oczyma i w zasięgu ręki. Tego dnia usłyszałam wszystkie te słowa na które czekałam kiedy byliśmy razem. Dowiedziałam się że jestem fantastyczną dziewczyną, że chciałby dzielić ze mną nie tylko łóżko ale całe życie, że cały czas ze sobą walczył ale nadszedł moment kiedy to może już powiedzieć w pełni pewien, że dojrzał do DOJRZAŁEGO ZWIĄZKU (!!!) słucham ? po czterech latach ? dowiedziałam się również że gotów jest przeprowadzić się tu. tu gdzie mieszkam ja. Tu gdzie mówił że się nigdy nie odnajdzie. Stałam jak wryta i jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w jego oczy zgubnie szukając oznak żartu. Nie znalazłam nawet kszty uśmiechu który mógłby świadczyć o tym, że M żartuje. Dotarło do mnie że mówi to wszystko zupełnie świadomie i, co gorsze, z zupełną pewnością. Usłyszałam także żal w jego głosie że to wszystko co między nami zaszło potoczyło się w tym kierunku. Przyznał że jest ostatnim idiotą, bo pozwolił mi uciec.
Facet dla którego złamałam wszystkie swoje zasady i gotowa byłam robić to dalej, mężczyzna dla którego zrobiłabym wszystko, teraz kaja się i prawie prosi. Przykro tylko, że nie wziął pod uwagę że po czterech długich latach ja się zmieniłam. Moje priorytety uległy diametralnym zmianom… On spadł już z pozycji pierwszej daleko poza podium, głównie przez to że niesamowicie mnie zawiódł. Prawdziwy mężczyzna tak nie robi.

„Zbierając kamienie zgubiłem diament”

Peace.Love
P.

WielkaNoc

cześć, siema. Znowu jestem chora. Moja odporność a właściwie zupełne wyjałowienie organizmu przez lekarstwa doprowadziły do sytuacji w której każdy wirusik zostaje ze mną na dłużej. Niedawno zaleczyłam gronkowca bo wyleczyć go się już nie da, teraz mega przeziębienie na granicy z grypą. Nie widzę prawie na oczy a rozglądanie się graniczy z cudem, bo moje oczodoły bolą do takiego stopnia że najlepiej cały czas mieć je zamknięte albo patrzeć tylko przed siebie. Niestety w moim wypadku to niemożliwe bo robota sama się nie przerobi, i na stanowisku muszę siedzieć. Było nie było. Czuję jak odchodzą ode mnie siły. Święta spędzę w łóżku, świetna perspektywa na najwspanialsze święta na świecie. Wielkanoc jest najpiękniejsza, a ja nie będę mogła nosa za drzwi wystawić. Kupka leków zapisana, większość – zwiększająca odporność – ale jak widać, poprzednio zwiększyły mi ją tylko na niecałe dwa miesiące. W sumie lepsze to niż nic.
Zaliczyłam z wynikiem pozytywnym kurs archiwisty I-go stopnia i mogę już legalnie wydawać zaświadczenia, poświadczenia i inne pierdoły. Z tego się cieszę, bo nie liczyłam na pozytywne zakończenie tej historii. Wczoraj byłam wrakiem człowieka na egzaminie. Na szczęście zaliczyłam się do małej grupy tych, którzy z sali wyszli z uśmiechem. Mały sukces na moim koncie.
W poniedziałek pierwszy dzień wiosny i urodziny taty. Możecie uznać mnie za wiariatkę ale tata nas odwiedził. Widziałam go wyraźnie jak okrywał mamę kołdrą w nocy. Stałam jak wmurowana, bo wyglądał strasznie autentycznie. Myślę sobie, że przyszedł wyszpiegować u nas jak remonty idą. Idą dobrze, i efekt końcowy by się mu spodobał – na 100% :)

Kochani, wesołych świąt. Rodzinnych, ciepłych i mokrego śmingusa co by tego szczęścia na resztę roku nie zabrakło. Trzymajcie się tak mocno jak ja ! bo ja staram się robić to z całych sił :)

P.

ulga.

to znowu ten dzień kiedy nie mam sił się denerwować, nie bronię się bo nie potrafię. Rytm który zaburzyłam nadawał mojemu codziennemu życiu pędu. Chyba. Jedno wiem na 100%… naszły mnie ogromne wątpliwości co do decyzji podjętych przeze mnie kilka miesięcy temu. Nie wiem czy były dobrą inwestycją. Znowu wracam myślami do czasów które okazały się najwspanialszymi i sama siebie zabijam. Kawałek po kawałku. Tęsknię za wieloma rzeczami, wieloma zdaniami które wypowiedziane były z głębi i nawet największy kłamca nie byłby w stanie tak na poczekaniu ich wymyślić. Były słowami intuicyjnymi i przede wszystkim spontanicznymi a nie przepisanymi z książki. Nie oszukujmy się… ale tylko jedna osoba potrafiła tak zaczarować mnie słowami, tak zaimponować, i sprawić że poczucie bezpieczeństwa miałam zawsze i wszędzie. Nawet wtedy gdy nie mogłam tego swojego „bezpieczeństwa” zamknąć w ramionach. Jestem przygnębiona, ale nie zła. Myślę równocześnie czy kiedykolwiek jeszcze przy kimś się tak poczuję. Czy kiedykolwiek wróci mi poczucie niezawisłego i stałego poczucia bezpieczeństwa.

Od dzisiaj wprowadzam jedną istotną zmianę która będzie stanowiła dla mnie ogromne ułatwienie. Z tego powodu czuję ulgę. Ale nie czuję ulgi z powodu dla którego tak się stało.

Tatko… wróć do nas… nie masz pojęcia jak mocno mi się wszystko plącze, nie potrafię tego supła rozgryźć. Mam nadzieję, że gdybyś był to podszedłbyś i z łatwością się z nim rozprawił. Tak samo jak robiłeś to z moimi sznurówkami które zaciskałam na siłę a później nie mogłam zdjąć przez nie butów. Nie ma Cię z nami od roku i ośmiu miesięcy, ale ciągle myślę o Tobie tak samo gorliwie. Tyle tylko się zmieniło, że nie mam czasu na to by Cię odwiedzać tak często jak bym chciała. Strasznie mi z tego powodu wstyd, wierzę głęboko że Ty odwiedzasz mnie częściej, że nawet jak Cię nie czuję… to jesteś. Ostatnio przyniosłam Ci świeże kwiaty, podobały Ci się ?

doceniajcie to, co macie.
P.

czy porażka jest nawozem sukcesu ? nie wiem… tak się mówi, ale ile to ma wspólnego z rzeczywistością ? Wiadomo, każda porażka to nauczka na przyszłość, nauka na błędach. Szkoda tylko że każdy z nas musi sam się na swoich uczyć a nie potrafi z przekory unikać błędów popełnianych przez innych. Pakuje się w nowe, a te same, znane od zawsze. Jedno jest pewne… porażki cementują nasz charakter, zawsze nas poszarpią zbesztają i zmieszają z błotem ale dzięki temu w przyszłości, ze strachu, potrafimy ich unikać.

Ja swoje porażki odbieram zawsze nazbyt ambitnie. Szukam winy w sobie, przede wszystkim, natomiast często jest tak że ona nie leży po mojej stronie. Nieustannie się nią zadręczam i analizuję. Strata to chyba jedna z porażek która zawsze będzie, przynajmniej dla mnie, najcięższa do zniesienia. Od momentu śmieci taty i tej przeogromnej straty której doświadczyłam z dnia na dzień boję się jej jeszcze bardziej. Na to nigdy nie będę gotowa. Bo strata kogoś ważnego to jak wyrwanie części samego siebie. Część Ciebie umiera, umiera razem z osobą która odchodzi. Czy w przenośni czy dosłownie. Nie ważne. Chlipanie nad pomnikiem, chlipanie nad wspólnymi zdjęciami, rozmowy o pogodzie, mijanie się na ulicy są ciężkie i trudne do udźwignięcia. Chciałabym żyć kompletnie, w jednym kawałku, a nie rozerwana na kilkanaście kawałków i rozrzucona po okolicach. Strata to porażka, dla mnie to nierozerwane synonimy. Po niej następuje jeszcze mnóstwo innych równi pochyłych które ciężko przeistoczyć w sukcesy. Ale czy to nawóz sukcesu ? nie sądzę. To poniekąd wzmocnienie, zahartowanie, i zacementowanie. Ale nie nawóz sukcesu. Strata zawsze uderza we mnie tak samo.
Jak minął mi 2015 ? pod znakiem sukcesów, tak go zapamiętam. Osiągnęłam wszystkie cele które sobie na jego początku wytyczyłam. Na rok kolejny nie mam planów. Chcę by życie w tym roku przepłynęło mi spokojnie i delikatnie. No, może za wyjątkiem zdrowia… bo to ono będzie moim celem w tym roku. Chcę odzyskać formę i poderwać się na równe nogi. Wyniki kochani są złe… trochę się boję, ale dopóki mam jeszcze na nie wpływ to będę dążyć do tego, żeby były lepsze. Nie chcę myśleć, że ten poprzedni rok taki właśnie miał być. Stracić wszystko można bardzo szybko… i niech to będzie puenta dzisiejszego wpisu.

Więc.. tak jak zawsze – trzymajcie się, ściskajcie w pięści swój zielony kamyk i nie pozwólcie nikomu ani niczemu wam go wytrącić z dłoni. Bądźcie dla siebie dobrzy, sprawiedliwi i uczynni. O to prosi was .P. Pokochajcie siebie, zadbajcie o rodzinę, bo to ona zawsze.. . ale to ZAWSZE będzie przy was. Pokochajcie korki, zapach lasu, każdą swoją kostkę i mięsień. Bądźcie ludźmi których chcielibyście spotykać na swojej drodze.

Peace&Love
.P.

Wyjdź z siebie i popatrz. Co widzisz? Łatwo współczujemy innym, ale czy inni współczują nam? Spójrz obiektywnie na siebie i zobacz: czy nie bierzesz na siebie zbyt dużo? Czy inni cię doceniają? Czy ktoś cię wspiera? Oceń to uczciwie, a jeśli okaże się, że szala przechyla się na twoją stronę – odpuść trochę.
Znajdź w sobie troskę o siebie. Dbasz o innych, ale może w pierwszej kolejności zadbaj o siebie? Czy musisz zawsze brać zastępstwo w pracy za koleżankę, która nigdy nie robi tego dla ciebie? Czy zawsze warto ustępować innym w autobusie? Zapytaj o to siebie i rozejrzyj się. Ty też masz prawo kimś się wysłużyć raz na jakiś czas. Kto powiedział, że zawsze musisz być perfekcyjną altruistką o ekstremalnie rozwiniętej empatii? Nie pozwól wejść sobie na głowę, nie musisz zawsze ustępować siostrze czy bratu, nie zawsze musisz być miła. Daj sobie prawo na mówienie „nie”, „zobaczymy”, „nie teraz”. Bądź swoim najlepszym przyjacielem. W chwili, kiedy przestaniesz radzić sobie z problemami, wyobraź sobie, że doradzasz swojemu przyjacielowi…Co byś mu powiedział, gdyby miał taki kompleks jak ty?

Pozbądź się poczucia krzywdy lub winy. Wybacz sobie lub innym.

„Nie ganiaj za ludźmi, nie muszą cię lubić. Ci, którzy pasują do ciebie, znajdą cię i zostaną. A wtedy nie udawaj nikogo i nie dopasowuj się. Staraj się tylko być, aż poczujesz spokój. Słabości są potrzebne, nie musisz się ich wstydzić.”

~ Katarzyna Bonda ‘’Pochłaniacz’’