ready or not

czy jestem szczęśliwa ? wciąż zadaję sobie samej to pytanie i ciężko mi samej sobie odpowiedzieć. Jest mnóstwo rzeczy które powinny sprawiać że poczucie szczęścia miałabym na co dzień. Ale nie nie mam. Nie czuję obezwładniającego szczęścia… i najgorsze w tym jest to, że uświadamiam sobie jak daleko za mną to uczucie już jest. Do jakiego stopnia rzeczywistość i rutyna zniszczyły moje własne – JA – jak mocno pogoń za materialnymi rzeczami mnie zmasakrowała. Oderwałam się od tego co kiedyś dawało mi prawdziwe szczęście. Odkopałam dzisiaj muzykę którą słuchałam kilka lat temu i zastanawiam się dlaczego przestałam. Oglądam stare zdjęcia i pytam się gdzie Ci wszyscy ludzie którzy na nich stoją są teraz ? pytam gdzie te emocje z wtedy, gdzie ta wrażliwość, gdzie te priorytety, gdzie to szczęście… beztroska, gęsia skórka, powiększone źrenice, gęste powietrze, pasja, uczucie że świat nie ma granic i jest dla nas otwarty ? gdzie to wszystko się podziało… wtedy nie wiedziałam że jestem szczęśliwa – wtedy tego nie doceniałam. Nie doceniałam długich nocy przy ognisku, zapachu rosy z rana i widoku opadającej mgły nad jeziorem. Jaka ja byłam głupia… wtedy to było szczęście, kwintesencja szczęścia. Ciekawe czy kiedyś będę mogła do tego chociaż raz wrócić, chociaż raz rozpalić ognisko nad jeziorem, obserwować tę mgłę i wdychać zapach rosy. JAki człowiek jest głupi. Jakie życie jest wciąż niedocenione, może za 30 lat będę wspominać właśnie ten dzień, to że leżę w ciepłym łóżku z pełnym brzuchem z laptopem na kolanach i mam czas pisać. Nie wiem, ale cieszę się że pomimo wszystko przeszłość wspominam dobrze, że z uśmiechem na twarzy patrzę wstecz. Było kapitalnie.

Cieszmy się chwilą, a porażki niech będą dla nas tylko zastrzykiem do działania. Nie karajmy swojego zdrowia za głupotę innych. Nerwy na bok… będzie lepiej…. musi być lepiej bo do tego każdy z nas dąży ! Miejcie cele i do nich zmierzajcie, konsekwentnie, każdego dnia. Od poniedziałku do niedzieli zbliżajcie się do swojego marzenia… kochajcie siebie samych i dbajcie o siebie. Dbajcie o rodzinę, rozmowę, szczery uśmiech i przyjaźń. Bo na końcu poza poczuciem spełnienia i dumy z samych siebie nic wam nie zostanie.

Wysyłam wam ogromnego buziaka i wielkiego przytulasa żebyście wiedzieli że na świecie jest mnóstwo osób które wiecznie mają wątpliwości, wiecznie się czegoś boją, przed czymś uciekają, do czegoś dążą, nie doceniają, przeceniają i mają ochotę wiele razy coś po prostu rozj*bać ze złości. Tak… to ja, P. Piszę do was za pomocą tych liter których kształt uwielbiam i chyba będę to robić do końca świata. Ulżyło mi zamykam laptopa i idę spać.

Peace&Lov.
P.

To tak, jakbyś krzyczał
i nikt tego nie słyszy.
Prawie się tego wstydzisz,
że ktoś może być dla ciebie aż tak ważny,
że bez tej osoby czujesz się jak śmieć…
Czujesz się beznadziejnie,
ale nic nie mogło ci pomóc.
A kiedy to już koniec i kiedy jest po wszystkim
to paragniesz, by wróciły złe czasy,
żeby razem z nimi mogły wrócić te dobre.

czy jesteś ? jestem ? gotowa ? gotów ?

Człowieka można ocenić tylko w ekstremalnych sytuacjach. Nie w tych zwyczajnych, bo podczas kupowania bułek w sklepie nawet seryjny morderca może wydawać się spoko ziomkiem.

Ludzi poznaje się kiedy ochlapie ich samochód przed ważnym spotkaniem, kiedy wracają wkurwieni z pracy albo mają 39 stopni gorączki. Ważniejsze od chwil tak słodkich, że rzyga się tęczą są te zaraz po kłótni. Najlepiej możesz ocenić, kto jest twoim przyjacielem po tym, czy odwiedzi cię w szpitalu, a nie po tym czy bawią was te same pranki i lubicie słuchać The Asteroids Galaxy Tour.

A już w ogóle najlepszym testem człowieka jest to czy umie się rozstawać i jak traktuje ludzi, których już nie potrzebuje.
Większość osób w tym zakresie zawodzi.

Obserwuję ludzi, którzy z dnia na dzień zachowują się tak, jakby nigdy nic nie łączyło ich z osobą, z którą jeszcze niedawno zasypiali, budzili się i jedli śniadania. Patrzę na wyniosłe kobiety poniżające gościa, który zbierał się pół godziny, żeby do nich podejść. Nie rozumiem tchórzy, którzy zrywają przez SMSa albo odchodzą bez słowa wyjaśnienia wydzierając, jak kartki z zeszytu wszystko, co było w tej relacji dobre.

Nie chodzi mi o smętne pitolenie z „Małego księcia”, że jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś. Chodzi o to, że kiedy masz z kimś kontakt wybierasz jaki wkład będziesz mieć w jego życie. Możesz wtedy wybrać emanowanie klasą, optymizmem albo wsparciem, ale większość ludzi wybiera dawanie innym gówna, bo wydaje im się, że jeśli ktoś poczuje się źle, to im będzie lepiej. Ale wiesz co? W 99% przypadków będzie im tak samo źle.

Chciałabym ten tekst uzasadnić badaniami przeprowadzonymi przez „amerykańskich naukowców” dlaczego warto traktować innych dobrze podczas rozstań. Niestety nie mogę. Fakty są takie, że bez względu na to, czy zdepczesz czyjeś uczucia, czy oddasz je, jak prezent, którego nie możesz przyjąć, nic to w twoim życiu nie zmieni. Nie spadnie na ciebie żadna z plag egipskich. Grawitacja nie sprawi, że nagle opadną ci cycki albo twój penis zacznie się kurczyć. Nie zaczniesz zarabiać mniej. Twój pies nie zacznie w odwecie srać na twój dywan.

Powinieneś to zrobić nie dlatego, że będzie ci się to opłacać, ale dlatego, że granica między człowiekiem, a skurwysynem leży w świadomości tego, że inni ludzie też mają uczucia i nie trzeba wyrzucać ich ze swojego życia jak zużytych chusteczek – zmiętych i niepotrzebnych. To nie znaczy, że nie możesz się ich pozbyć. To znaczy, że jeśli masz możliwość to warto zrobić to tak, żeby nie pozbawić ich szacunku do siebie samych.

Na tym polega bezinteresowność kluczowa dla każdej relacji – na dbaniu o kogoś bez względu na to, czy coś z tego będziesz mieć.
Dlatego jeśli chcesz wiedzieć czy jesteś gotowy lub gotowa na związek to zadaj sobie pytanie, czy będziesz umieć rozstać się z godnością?

Czy będziesz umieć odejść z podniesioną głową akceptując to, że w życiu zdarzają się porażki nawet jak nie popełni się błędu?

Czy będziesz umiał kogoś zostawić bez stosowania polityki spalonej ziemi, wciąż dbając o to, żeby nie było to dla drugiej osoby trudniejsze, niż musi być?

Czy nawet jeśli nie zobaczysz już tej osoby nigdy więcej, to zachowasz się z klasą, a nie jak małostkowy gówniarz?

Czy mimo żalu i zawiedzionych oczekiwań wciąż będziesz życzyć drugiej osobie tak samo dobrze, jak w chwili kiedy na nią patrzyłeś czując emanującą ciepłem gulę w środku piersi i myśląc, że obronisz ją przed każdym wymyślonym lub realnym potworem?

Dopóki odpowiedź na którekolwiek z tych pytań brzmi: „Nie” lub „Nie wiem” to nie jesteś kimś, kto jest gotowy na związek.

Lov.P.

Strasznie tęsknię, za przyjaźnią. Za przyjacielem.

nic nowego, od 25 lat nic.

Od kiedy pamiętam myślałam wiecznie o kimś. Nawet jak żył tatko, to pamiętam że wiecznie były problemy z wychowaniem brata. Bo źle powiedział, bo był w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu, bo był leniem, bo był niezorganizowany, nie posłuszny… Siostra szalona, uparta i zawzięta co sobie uroiła musiało być kosztem całego świata. Ojciec milczący raptus a Matka choleryczka z głową na karku w sumie jedyna osoba która ten cały bajzel merytorycznie i rzeczowo ogarniała. A ja ? otóż ja po śmierci taty, przejęłam obowiązki mamy bo bałam się o to, że kolejne stresy mi ją zabiorą. Minęło kilkanaście lat od kiedy jako mały obserwator przyglądałam się temu co działo się w domu i uczyłam się od rodziców rozwiązywania problemów. Teraz to ja jestem obserwowana to ja stałam się remedium na problemy.

Mam brata który ma swoją rodzinę syna piękny dom i wspaniale prosperujący biznes, a regularnie doprowadza swoją rodzinę do zadłużeń – nie potrafi prowadzić swojej działalności gospodarczej która jest świetnie dającą mleko krową, woli pracować u kogoś na etacie… ok akceptuję. Ale znam go i czekam na to kiedy dotrze do niego że to jeden z tych popierdolonych pomysłów które udało mu się spłodzić. Nie ma pomysłu na siebie, to jest największy problem. Ja mu nie powiem co MA zrobić, ja powiedziałam mu tylko co ja BYM zrobiła będąc na jego miejscu. Ale czasy się zmieniły, ja nie jestem matką która wpompuje bezcelowo kolejne tysiące w syna tylko po to by nie pozwolić mu popełnić tego błędu. Ja pozwolę mu się potknąć i rozjebać sobie łeb. Przez całe swoje życie niczym się nie martwił, życie miał ułożone co do kawałka, każdą decyzję podejmowały za niego kobiety które były mu bliskie. Kiedyś mama teraz żona, bo brak mu charakteru do ryzyka. Całe życie niebieski ptak. Sprawiał problemy jako nastolatek, i sprawia do teraz.

Mam też siostrę, ona też ma swoją rodzinę. Wspaniałego męża, dwójkę dzieci, piękny dom czerwone autko i ogród. Co robi ? jest alkoholiczką. Kobietą pijącą ze szczęścia. Bo jak można być człowiekiem nieszczęśliwym w takich okolicznościach? Jej alkoholizm ostatnio wyprowadził mnie z równowagi chociaż wiem że nie powinien. Byłam zła o czym raczyłam ją jak najszybciej poinformować. Charakter mam niepokorny więc i słów przy tym użyłam niewybrednych mnóstwo. Chciałabym jej pomoc i chciałabym być rzeczowa, ale ciężko mi zachować spokój kiedy chodzi o moją siostrę. Ona utopiła się w Martini.

No i mama – osoba która w swoim życiu przeszła dużo. Nasza rodzinna angielska Margaret. Teraz jest kobietą w podeszłym wieku z nerwicą, astmą i innymi chorobami utrudniającymi spokojne życie. Boję się o nią dlatego stałam się dla niej falochronem i kamizelką kuloodporną. Każde problemy chcę rozwiązywać tak szybko jak się tylko da by ona się nie musiała o nich dowiadywać i zamartwiać. Taką misję sobie uroiłam… od co.

Gdzie jest w tym wszystkim P ? już wam mówię – P jest tą złą, która chlapnie coś co pomimo że jest prawdą boli więc jest nieprzyjemne i odstaje od utartych konwenansów że rodzeństwo powinno się miłować i włazić sobie wiecznie w dupsko. Wiem jacy jesteśmy, jesteśmy rodziną włoską. U nas działają tylko terapie szokowe, spokojna rozmowa nie działa… ja to znam, bo wiem jakim jestem człowiekiem a jesteśmy do siebie podobni. Dlatego wykrzyczenie bratu w twarz że nie jest facetem a jebaną cipą która nie potrafi zadbać o swoją rodzinę to niemiła wiadomość, ale lekko uzmysławiająca. Powiedzenie siostrze że jest zachlaną mordą która nie szanuje swojego zdrowa, rodzeństwa, męża i własnych dzieci też nie jest niczym miłym ale słowa te same powiedziane spokojnie nie osiągną żadnego efektu. Nie potrafię już martwić się o siebie. Potrzebuję żeby ktoś zatroszczył się o mnie. Potrzebuję kogoś kto mnie czasami obroni i kogoś kto mi powie „działaj dalej bo to co robisz jest dobre”.
Nie mogę liczyć na rodzeństwo… bo mam wrażenie że są życiowymi sierotami i ślepymi szczeniakami. Zupełnie nie dostosowani do życia.
Boję się polegać na matce, nie dzielę się z nią swoimi problemami bo częściowo związane są albo z nią, albo z jej dziećmi. A jeśli już nie to po prostu ze strachu o jej zdrowie nie pisnę słowa że mi ciężko.

Ja nawet wracając z pracy nie umiem z nią rozmawiać o pogodzie, bo wszystko co powie doprowadza mnie do szału. Zmęczenie po robocie jest tak duże że jedyne na co mam ochotę to położyć się i odpocząć a później wstać, wypić kawę i przebiec 10 km tylko po to żeby paść na pysk ponownie. Nie rozmawiać z nikim bo cały dzień muszę rozmawiać z ludźmi w pracy i chcę od tego odpocząć. To przecież nie jej wina że taką mam pracę. Ona chce porozmawiać ze swoim dzieckiem które wiecznie ją atakuje, czepia się i jest niemiłe. Chce porozmawiać. Wtedy mam takie wyrzuty sumienia że mam ochotę umrzeć. Całe życie chciałam być dla niej dumą, być córką z elementarza. I myślę sobie że nawet nie powinnam myśleć o tym że będę dumą. Bo jestem okropnym charakterem z którym ciężko się mieszka.
Chcę się zmienić, ale brakuje mi sił.

Boże o ile istniejesz… dopomóż.

P. tym razem po prostu : Love.

żadnego tytułu

2 lata. Minęło dwa lata.

Tato, tęsknię.
Kornelia, spokój Twojej duszy
Karolina – trzymaj się.

7 czerwca, 11:50, koniec i początek. Koniec samowolki początek ciężkiej pracy. Jesteś ze mnie dumny ?

19-05-2016

Ostatnio miałam do przejścia drogę wysłaną gwoździami potłuczonym szkłem i rozgrzanym węglem. Dałam radę, ale dotarło do mnie że od śmierci tatki nie potrafię już płakać. Może być mi niesamowicie żal mogę być okropnie przygnębiona ale łza jest mi już obca. Byłam na pogrzebie, na pierwszym pogrzebie od śmierci tatki. Bałam się go niesamowicie ale wiedziałam że nie może mnie tam zabraknąć. Głównie dlatego że wiem jak jest ciężko w takich chwilach i jak mocno człowiek pragnie w tych chwilach wsparcia. K. wsparcie jakie mam Ci do ofiarowania jest niemierzalne, jest ogromne jak wszechświat a ja jestem studnią z której możesz nieustannie pić. Ofiaruję Ci wszystko to co ja otrzymałam od osób mi bliskich 5 czerwca 2014 roku. Wiem że tego potrzebujesz. Wiem też, że potrzebujesz kawy zrobionej przeze mnie, śniadania do łóżka, krzątania się po kuchni, brudnych garów w zlewie… ale ja nie mogę bić ciałem z Tobą cały czas, chociaż chciałabym poleżeć w łóżku i pogapić się z Tobą na sufit do godziny 16:00, chciałabym zjeść z Tobą śniadanie, i chciałabym żebyś wiedziała że piętro niżej wstała wcześniej P i robi właśnie porządki. Że jak zejdziesz po schodach na dół to będę już łazić Ci po domu jak u siebie.

Rozumiem, pomogę byłam jestem i będę. Choćby świat miał zwariować, choćby wszyscy obrócili się przeciw Tobie ja zawsze będę trzymała Twoją stronę nawet jeśli będziesz głupio robić. Byle tylko osłodzić Ci to co przeszłaś, bo to świadectwo Twojej siły. Siłaczko.

Pogrzeb był ciężki do zniesienia. Cięższy niż wszystkie te na których byłam przed śmiercią tatki. Trumna, szelest kwiatów, czarne ubrania, chłód kościoła, trąbka, modlitwy… wszystko to co przywołuje różne wspomnienia o których często chce się zapomnieć. Byłam nieustanie przy Tobie. Z cichymi słowami modlitwy na ustach wpatrywałam się z Ciebie cały czas. Chciałam żebyś czuła moją obecność, chciałam żebyś wiedziała że jestem blisko. Moje ciało pojechało do pracy ale serce, ogromne serce zostało u Ciebie, w Twojej kuchni w Twojej sypialni i na tarasie. Zawsze jestem tam gdzie jesteś Ty. Niezależnie od wszystkiego.

„Ludzie, których kochamy, zostają na zawsze, bo zostawili ślady w naszych sercach”

bytoch*j

miałam ostatnie półtorej tygodnia przeprawę przez piekło w pracy. Pierwszy raz, od kiedy jestem tu w pracy poczułam autentyczną odrazę do tego miejsca. Ale taką z kwi i kości. Poświęciłam swoje zdrowie żeby uratować dupsko kumpla, ganiałam go po kiblach żeby prostował ze mną to co nabroił. Zostałam jebaną iskierką nadziei na poprawę. Wszystko naprawione, ale za iskierkę się nie mam i nie chcę by ktokolwiek tak o mnie myślał. Pracowałam osiem godzin w pracy i jeszcze kolejne 4 albo 5 w domu. Byłam wyprana przeżuta i wypluta. I jak się to skończyło ? tak że znowu jestem chora. W biegu, i chyba z rozpędu wpadłam do gabinetu lekarza. Wypytana przepytana przesłuchana wyszłam z karteczką a na niej nabazgrane skierowanie. Mam szybko z nią wracać. Po co ten pośpiech. Z głupoty człowieka nie wyleczą.