czekolada2

avatar

Ten użytkownik nie wpisał jeszcze żadnych informacji o sobie.


Wpisy czekolada2

K.R

nie wiem nawet jakimi słowami określić co czuję. Czuję chyba smutek, przejmujący smutek w środku. Tracę z zasięgu kogoś ważnego. Trudno. Takie jest życie, szkoda tylko że w naszej Polsce wszyscy muszą sobie to tak tłumaczyć. Oby wszystko szybko wróciło do normy. Będę tęsknić przyjacielu.
Skaype jak nie działało tak nie działa :)

Miłego dnia, miłego 14 października.

P.S. dzisiaj jadę kupić wrzosy dla taty, niedługo święto zmarłych, już drugie bez Ciebie. Tęsknię, i czasami mam wrażenie że coraz bardziej. Jak Ci tam jest tatko… odwiedź mnie.

M.G.

byłeś u mnie. Patrzyłam na Ciebie, słucham Cię i przed oczami stawały mi obrazy tego co wspólnie przeszliśmy. Głównie te rzeczy które doprowadzały mnie do skrajnego śmiechu. Te miłe i okropnie porypane momenty które mi ofiarowałeś. Dużo mnie nauczyłeś, za to wielkie dzięki. Okropnie fajnie spędziło mi się z Tobą te kilka godzin, nawet pomimo Twojego zachowania które chyba się nigdy nie zmieni. Dalej jesteś ten sam M. Pokręcony staruszek z przeogromnym brzuchem :D Zawsze odważny, dumny, męski, pewny siebie, z poczuciem humoru, wyrozumiały, inteligentny. Tylko wiesz co… pomimo że podoba mi się to w Tobie, to nie wzbudza we mnie już tak silnych emocji. Jesteś daleko przede mną a ja nie chcę już Cię gonić.
Za dużo jest spraw które przemawiają na Twoją niekorzyść, za mocno mnie zabolały niektóre Twoje słowa. Przyjacielu.

Cześć, to ja. Znowu ja. Przychodzę do Ciebie bo muszę się wygadać, wysłuchaj mnie a jeśli jeszcze potrafisz to pomóż. Chcę Cię poprosić o odrobinę siły bo mi jej zabrakło.

Tato, paradoksalnie, chociaż bardzo tęsknię za Tobą i za tym co było to jednocześnie tylko dzięki Tobie nie boję się przyszłości. Dziękuję Ci tatko że byłeś, dziękuję za stabilizację i uczucie twardego gruntu pod stopami, za tym tęsknię teraz najbardziej. Za Twoją obecnością surowością i pewnością co do każdego słowa. Za tym, że mogłam iść Twoim śladem bez wahania, z zamkniętymi oczyma, teraz jest inaczej… teraz muszę pilnować się na każdym kroku, by nie wręczać innym broni w dłoń.
Pokochałeś mnie i nauczyłeś, że można żyć dalej, choćby ból i smutek wydawał się nie do zniesienia.

Czasem zdarza mi się obejrzeć przez ramię i Cię zawołać.
to już rok i trzy miesiące. co było z nami rok temu.

Peace,P.

zaciśnięte pięści.

wczorajszy lakoniczny wpis był resztką sił jakie z siebie wyplułam. Dostałam strasznie po tyłku i czułam ogromne napięcie psychiczne i fizyczne.
Wiecie jak to jest ? to tak, jak byście mieli ciągle zaciśnięte pięści, ciągle… nieustająco – dzień i noc. Napięcie w mięśniach i ścięgnach cały czas się utrzymuje na tym samym poziomie, nie czujesz bólu, to raczej takie uczucie ciężkości. Otwierasz dłonie, bo chcesz się od tego uwolnić, ale nie czujesz ulgi, bo napięcie na dłoniach zostaje. Strzepujesz je nerwowo szukając lekarstwa a tu dupa. Dłonie Ci pulsują i samoczynnie nawet same się do zacisku składają.
Nieustająca presja na to by być lepszą i lepszą karanie samej siebie za swoje małe błędy. Ciągła nauka tego, jakich skurwieli można spotkać na swojej drodze, ciągłe oglądanie się za siebie i zero zaufania do nikogo. Taki człowieczek sam sobie pozostawiony. Słuchanie o problemach które problemami nie są i wyolbrzymianie ich do nienaturalnych rozmiarów. Potrafię się na to zamknąć ale wychodzi wtedy, że jestem suczyskiem, uśmiecham się chociaż wcale nie jest mi do śmiechu. Bo tak to tu już jest. Wracam do domu i nie mam najmniejszej ochoty o tym rozmawiać, z nikim, a muszę. Muszę przynajmniej trochę poudawać, że jest super a bez rozmowy to nie przejdzie.

Wczoraj wpadłam do domu i po szybkim obiedzie myślałam że mój ogródek przeorganizuje zupełnie. Wyładowałam się trochę, wykopałam jedną z roślin która działała mi na nerwy, usunęłam przerośnięte, okropne turki, i ogarnęłam wszystko po krótce. Jakoś tak po dwóch godzinach poczułam się lepiej. Wzięłam prysznic zjadłam coś i poszłam do łóżka. Tak wyglądał mój dzień.
Dzisiaj zamiast ogródka czeka mnie dom, trzeba go doprowadzić do stanu akceptowalnego przez gości. Tak, bo czekają mnie goście. Kolejna radosna nowina która przyczyni się do mojej jeszcze większej spiny.

W sobotę wyjazd, cały dzień będę musiała włóczyć się po rozkopanej stolicy województwa a w niedzielę referendum. Później pięć dni męki i znowu weekend… weekend na weselu. Pięć dni męki i może… MOŻE kolejny weekend spędzę tak, jak chciałabym najbardziej. Sama, pod ciepłym kocem z kubkiem herbaty i książką. Cały dzień. Albo nie ! w ogóle nie będę wstawać z łóżka, nie chce produktywnie spędzić tego weekendu. Chcę go przejebać na głupoty.

Chciałabym usunąć te napięcie ale chyba jest nie usuwalne :) wydaje mi się, że ja do niego muszę się przyzwyczaić.

nawet teraz nie czuję ulgi.

jestem zmęczona… okropnie zmęczona.

jup

lubię tą pracę, lubię ją dlatego że jest dużo różnorodności. To nie jest tępe wklepywanie liczb w komputer. Lubię bo zawsze jest coś nowego, ale spędzam tu 8 godzin w ciągu dnia. Prawie więcej niż w domu, dlatego uważam że atmosfera tu powinna być inna. Nie lubię ciągle się za siebie oglądać i ciągle ważyć słów.
Nie wiem czy to takie czasy, czy po prostu indywidualna niechęć do mnie powoduje takie postępowanie wobec mnie jakiego doświadczam od pół roku. Eh… nawet nie wiem jak tu o tym wszystkim napisać, strasznie to nieprzyjemne, tyle mogę powiedzieć.

dobrego dnia !
P.