no, nie powiem – „długo mnie tu nie było” będzie chyba nazbyt skromne. Byłam tu jakieś 9 miesięcy temu- to szmat czasu… a wydarzyło się mnóstwo rzeczy.
Sama nie wiem od czego zacząć bo czas tak szybko leci, że nawet nie zauważyłam jak minęła wiosna i lato. Kiedyś pisałam tu o nałogu mojej siostry i o tym że nie mniej niż ona jestem wobec niego bezsilna. Alkoholizm w zaciszu domowego ogniska ciężko jest określić alkoholizmem ponieważ nikt nie może uwierzyć w to, że dotyka tego problemu bezpośrednio. Kiedy uświadomi sobie to na dobre i „oswoi” się z myślą że członek jego rodziny ma z nim problem przezywa szok i długo się z niego otrząsa. Zanim pomyśli co z nim zrobić i jak go zatrzymać mija kilka dobrych miesięcy podczas których natyka się wiecznie jedynie na rozczarowanie. Karmiony obietnicami osiąga chwilową satysfakcję i wraca mu wiara w to że to tylko lenistwo i można z niego wyjść. Wierzy w „przepraszam, to był ostatni raz” tak bardzo że staje się to wręcz obsesją a potem otrzymuje kubeł zimnej wody, uświadamia sobie że było to kolejne kłamstwo, lekarstwo chwilowe. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy słyszałam to od własnej siostry, nie jestem w stanie zliczyć ile razy słyszałam obietnice… nie wspomnę już o tym jak mocno wierzyłam w każde słowo które wskazywało na to że sobie radzi. Każda taka obietnica rozpalała we mnie wiarę w to że z tym demonem poradzi sobie sama. Niestety – kiedy uświadomiłam sobie że to niemożliwe było już źle… kiedy straciłam już bezpowrotnie nadzieję że samodzielna walka daje skutki postanowiłam postawić sprawę na ostrzu noża. Zapakowałam ją do auta i zawiozłam do ośrodka. Ośrodka Leczenia Uzależnień. Dzień w którym to zrobiłam był dniem ciepłym, pięknym, pogodnym… aż ciężko był mi uwierzyć w to co robię było to dla mnie abstrakcją i liczyłam na to, że zbudzę się z tego okropnego snu i będzie wszystko dobrze. Widok siostry z walizką w progu Ośrodka jest widokiem nie do zapomnienia, strzępek człowieka który jeszcze został… strzępek kobiety która kocham ponad życie. Ze łzami w oczach wsiadałam do auta i zostawiałam tam kawałek siebie. Moja wiara w to że jej pomogą była ogromna… nie chciałam ponownie się zawodzić a uczucie bezsilności znać jedynie z widzenia. Diagnoza była prosta – Beata ma depresję ze stanami lękowymi.. wiedziałam że nafaszerują ją na start lekami, tak się stało. Bałam się że zrobiła to po to, żeby zapchać nam usta a pomysł na to wszystko miała swój, odmienny zupełnie od mojego. Beata kiedy zaaklimatyzowała się w Ośrodku zaczęła ostro pracować… zaczęła rozmawiać z terapeutami, pracować ze swoim nałogiem ale efektów nie było widać na pierwszy rzut oka. Spędziła z tymi aniołami 1,5 miesiąca. I wiecie co ? po powrocie nie pije… ciągle ma kontakt z terapeutami, ciągle jest na lekach, ale widzę jak ciężko pracuje. Moje zaufanie do niej wraca, nieśmiało, ale wraca. Boję się że do tego wróci ale chcę wierzyć w to że tak nie będzie. A z tym strachem nauczę się żyć. Wiem że będzie mi towarzyszył już do końca życia, ale wyjścia innego oprócz tego o którym wspomniałam wyżej nie widzę. Muszę oswoić ten strach i zacząć z nim żyć tak, by nie wyrządzał mi krzywdy bo inaczej oszaleję od pisania czarnych scenariuszy.

Poświęciłabym dla niej wszystko, kocham ją niewiarygodnie mocno. I cierpię kiedy dzieje się jej krzywda – mam nadzieję, że nigdy już nie zobaczy dla butelki…

P.