cześć, siema. Znowu jestem chora. Moja odporność a właściwie zupełne wyjałowienie organizmu przez lekarstwa doprowadziły do sytuacji w której każdy wirusik zostaje ze mną na dłużej. Niedawno zaleczyłam gronkowca bo wyleczyć go się już nie da, teraz mega przeziębienie na granicy z grypą. Nie widzę prawie na oczy a rozglądanie się graniczy z cudem, bo moje oczodoły bolą do takiego stopnia że najlepiej cały czas mieć je zamknięte albo patrzeć tylko przed siebie. Niestety w moim wypadku to niemożliwe bo robota sama się nie przerobi, i na stanowisku muszę siedzieć. Było nie było. Czuję jak odchodzą ode mnie siły. Święta spędzę w łóżku, świetna perspektywa na najwspanialsze święta na świecie. Wielkanoc jest najpiękniejsza, a ja nie będę mogła nosa za drzwi wystawić. Kupka leków zapisana, większość – zwiększająca odporność – ale jak widać, poprzednio zwiększyły mi ją tylko na niecałe dwa miesiące. W sumie lepsze to niż nic.
Zaliczyłam z wynikiem pozytywnym kurs archiwisty I-go stopnia i mogę już legalnie wydawać zaświadczenia, poświadczenia i inne pierdoły. Z tego się cieszę, bo nie liczyłam na pozytywne zakończenie tej historii. Wczoraj byłam wrakiem człowieka na egzaminie. Na szczęście zaliczyłam się do małej grupy tych, którzy z sali wyszli z uśmiechem. Mały sukces na moim koncie.
W poniedziałek pierwszy dzień wiosny i urodziny taty. Możecie uznać mnie za wiariatkę ale tata nas odwiedził. Widziałam go wyraźnie jak okrywał mamę kołdrą w nocy. Stałam jak wmurowana, bo wyglądał strasznie autentycznie. Myślę sobie, że przyszedł wyszpiegować u nas jak remonty idą. Idą dobrze, i efekt końcowy by się mu spodobał – na 100% :)

Kochani, wesołych świąt. Rodzinnych, ciepłych i mokrego śmingusa co by tego szczęścia na resztę roku nie zabrakło. Trzymajcie się tak mocno jak ja ! bo ja staram się robić to z całych sił :)

P.