większość z was wie jak bolesne jest uzmysłowienie sobie przed samym sobą niektórych spraw. Szczególnie mam na myśli te sprawy, których do siebie przez lata staramy się nie dopuścić. Opędzamy się od nich jak możemy. Wiadomo. To warunek konieczny do tego by nie żyć w kłamstwie. Codziennie wstając rano i kładąc się spać mydlisz sobie oczy wmawiając, sobie że to co robisz nie jest bezcelowe, powtarzasz sobie że masz nad tym kontrolę. Pst… Puk puk, nad żadną sferą naszego życia nie masz kontroli. No dobra… może sprawy bardziej materialne – praca dom szkoła i inne, ale ja mam na myśli sferę emocjonalną. W niej kontrola absolutna nie istnieje, czasowo się wyczerpuje – prędzej czy później. Dusisz się i chcesz uwolnić, a to znak że Twoja KONTROLA poszła w cholery. Czas pogodzić się z faktem i spojrzeć mu w twarz. Piękną twarz słodkich kłamstw którymi się nieustannie karmisz, masz ochotę w tę słodką twarz się wtulić poczuć zapach wanilii i świeżych truskawek, poczuć ciepło na skórze i ciepło w środku. Poczuć się błogo. Nie! Koniec! czas zrozumieć, że to już tak nie będzie wyglądać. Teraz musisz się przytulić do oziębłej lekko sinej twarzy rzeczywistości z podkrążonymi oczyma i rozciętą wargą, poczuć zapach metalu i mosiądzu. Poczuć „gęsią skórkę” a w środku chłód na granicy z bólem.

Wątpię.
a to źle.

Tęsknię, jestem zaskoczona może lekko zawiedziona… może rozczarowana i zamyślona. Nie wiem czy idę dobrą drogą i czy to jest właśnie ta, którą chcę iść. Walka wreszcie się kończy, wreszcie następuje moment w którym składasz broń. Bo albo cel stracił wartość, albo po prostu zapominasz po co walczysz…

Ciekawe czy coś się zmieni…. ciekawe czy ja się zmienię.

Nie lubię się nudzić.