Archiwum dla Wrzesień, 2015

Cześć, to ja. Znowu ja. Przychodzę do Ciebie bo muszę się wygadać, wysłuchaj mnie a jeśli jeszcze potrafisz to pomóż. Chcę Cię poprosić o odrobinę siły bo mi jej zabrakło.

Tato, paradoksalnie, chociaż bardzo tęsknię za Tobą i za tym co było to jednocześnie tylko dzięki Tobie nie boję się przyszłości. Dziękuję Ci tatko że byłeś, dziękuję za stabilizację i uczucie twardego gruntu pod stopami, za tym tęsknię teraz najbardziej. Za Twoją obecnością surowością i pewnością co do każdego słowa. Za tym, że mogłam iść Twoim śladem bez wahania, z zamkniętymi oczyma, teraz jest inaczej… teraz muszę pilnować się na każdym kroku, by nie wręczać innym broni w dłoń.
Pokochałeś mnie i nauczyłeś, że można żyć dalej, choćby ból i smutek wydawał się nie do zniesienia.

Czasem zdarza mi się obejrzeć przez ramię i Cię zawołać.
to już rok i trzy miesiące. co było z nami rok temu.

Peace,P.

zaciśnięte pięści.

wczorajszy lakoniczny wpis był resztką sił jakie z siebie wyplułam. Dostałam strasznie po tyłku i czułam ogromne napięcie psychiczne i fizyczne.
Wiecie jak to jest ? to tak, jak byście mieli ciągle zaciśnięte pięści, ciągle… nieustająco – dzień i noc. Napięcie w mięśniach i ścięgnach cały czas się utrzymuje na tym samym poziomie, nie czujesz bólu, to raczej takie uczucie ciężkości. Otwierasz dłonie, bo chcesz się od tego uwolnić, ale nie czujesz ulgi, bo napięcie na dłoniach zostaje. Strzepujesz je nerwowo szukając lekarstwa a tu dupa. Dłonie Ci pulsują i samoczynnie nawet same się do zacisku składają.
Nieustająca presja na to by być lepszą i lepszą karanie samej siebie za swoje małe błędy. Ciągła nauka tego, jakich skurwieli można spotkać na swojej drodze, ciągłe oglądanie się za siebie i zero zaufania do nikogo. Taki człowieczek sam sobie pozostawiony. Słuchanie o problemach które problemami nie są i wyolbrzymianie ich do nienaturalnych rozmiarów. Potrafię się na to zamknąć ale wychodzi wtedy, że jestem suczyskiem, uśmiecham się chociaż wcale nie jest mi do śmiechu. Bo tak to tu już jest. Wracam do domu i nie mam najmniejszej ochoty o tym rozmawiać, z nikim, a muszę. Muszę przynajmniej trochę poudawać, że jest super a bez rozmowy to nie przejdzie.

Wczoraj wpadłam do domu i po szybkim obiedzie myślałam że mój ogródek przeorganizuje zupełnie. Wyładowałam się trochę, wykopałam jedną z roślin która działała mi na nerwy, usunęłam przerośnięte, okropne turki, i ogarnęłam wszystko po krótce. Jakoś tak po dwóch godzinach poczułam się lepiej. Wzięłam prysznic zjadłam coś i poszłam do łóżka. Tak wyglądał mój dzień.
Dzisiaj zamiast ogródka czeka mnie dom, trzeba go doprowadzić do stanu akceptowalnego przez gości. Tak, bo czekają mnie goście. Kolejna radosna nowina która przyczyni się do mojej jeszcze większej spiny.

W sobotę wyjazd, cały dzień będę musiała włóczyć się po rozkopanej stolicy województwa a w niedzielę referendum. Później pięć dni męki i znowu weekend… weekend na weselu. Pięć dni męki i może… MOŻE kolejny weekend spędzę tak, jak chciałabym najbardziej. Sama, pod ciepłym kocem z kubkiem herbaty i książką. Cały dzień. Albo nie ! w ogóle nie będę wstawać z łóżka, nie chce produktywnie spędzić tego weekendu. Chcę go przejebać na głupoty.

Chciałabym usunąć te napięcie ale chyba jest nie usuwalne :) wydaje mi się, że ja do niego muszę się przyzwyczaić.

nawet teraz nie czuję ulgi.

jestem zmęczona… okropnie zmęczona.