Wchodząc dzisiaj na wagę z zadziwieniem zauważyłam że moja waga nadal spada, spada pomimo mojego nietrzymana się diety i nieregularnego jedzenia. W głębi duszy cieszę się z tego, natomiast zaczynam się zastanawiać co takiego się dzieje, że nadal pikuję w dół. Cóż. Może dlatego że ciąży mi to życie które aktualnie prowadzę, możliwe. Trwanie w takim stanie jaki mnie ogarnia chyba nie jest zdrowe, ani dla organizmu, ani dla umysłu. Uczucie osamotnienia jakie mi doskwiera jest ostatnio nie do zniesienia. Wszyscy mówią „czas leczy rany” u mnie jest na odwrót, czas rany rozgrzebuje i pogłębia. Szczególnie TEN czas. Odrabiam zaległe lekcje z życia. Nie przypuszczałam że okażą się aż tak trudne. Zazwyczaj staram się myśleć że coś we mnie zmienią i utwierdzą w przekonaniu że co człowieka nie zabije, to wzmocni. Ale są chwilę kiedy mam ochotę rzucić to wszystko w cholery i zapaść się pod ziemię. Świadomość że pomimo wszystko na polu bitwy zostaje sama i mogę liczyć tylko na siebie jest smutna, ale prawdziwa. Swój wózek muszę pchać dalej sama. Nie zwrócę się do nikogo o zwykłą poradę, bo tej nawet na pozór głupiej porady nie uzyskuję. Z każdym dniem są nowe wyzwania i kolejne sprawy które trzeba zamknąć. Otwieram rano czy i myślę „no dobra, to co dzisiaj ?”. Nie mam chwili na wytchnienie. Cięgle biegam z nadzieją że te gonienie własnego ogona mi pomoże, nie pomaga, nie na dłuższą metę. To tak jak z alkoholem, zapewnia Ci chwilowe wytchnienie… ale tylko chwilowe. A ja szukam stałego wytchnienia i mojej słodkiej ciszy którą mogłabym się otulić kiedy bym tylko chciała. Szukam tego swojego kawałka nieba, gdzie jesteś ? Rozpadam się w pył. Tak. Pogubiłam się.

Jest coraz gorzej. Co mogę jeszcze zrobić.

Peace,P.