Wreszcie się zebrałam na porządki w miejscach które były królestwem mojego taty. Jego mały przybornik naprawczy który zajmował pół segmentu w piwnicy zalał mnie swoimi tajemnicami. Multum małych elementów których przeznaczenie znał tylko tata stanęły przede mną ze znakiem zapytana „co teraz z nami będzie?”. Rozłożyłam się na podłodze z całym tym arsenałem i śrubka po śrubce segregowałam. Sentymentalnie łączę się z różnymi przedmiotami dlatego też mam całe reklamówki i kartoniki rzeczy które mocno mi się z czymś miłym kojarzą. Zbieram to wszystko i często wracam do tego z ciepłem w sercu. Nie umiem opisać co czułam jak to wszystko robiłam… nie byłam smutna ani przygnębiona. Raczej pełna zadumy i zadowolenia że każdą rzecz dotykał kiedyś tata, że mam tu jego kawałek. Stare śrubokręty które pamiętają budowę domu, stare śrubki które pamiętają moje widzimisie w pokoju, kółka, zaślepki, elementy pozostałe po zniszczeniach sprowokowanych przeze mnie. Nie sposób tego wyrzucić. Segregowałam i wiem przynajmniej co mam i gdzie to wszystko jest, wiem że jeśli będzie potrzeba coś znaleźć bez trudu sięgnę do odpowiedniego pojemnika. Pozbyłam się między innymi reklamówki świątecznych lampek które albo nie działały albo działały w mniejszej części. Wiem że wkurzyłbyś się bo zawsze uważałeś że można to naprawić. Prawdą jest, że jako jedyny wiedziałeś jak to uszykować. Pamiętam jak mnie tego uczyłeś ale przyznaję się bez bicia – nie pamiętam. Kupię nowe. Strasznie za Tobą tęsknię tatko, nie wchodzisz już do pokoju żeby na mnie warknąć że za głośno muzyka, nie śmiejesz się z moich pierwszych kroków w kuchni, nie słyszę Twojego kaszlu za ścianą. Brakuje tu nam Ciebie. Jest pusto. Przepraszam Cię za wszystkie błędy które popełniłam, ale uwierz, starałam się by było ich jak najmniej.

Pod wpływem różnych zdarzeń w życiu człowiek odkrywa siebie na nowo. Jestem na to żywym dowodem… w ciągu ostatniego pół roku zmieniłam się tak, jak nigdy bym nie przypuszczała. Czerpię radość z innych rzeczy, innych rozmów i spotkań. Kiedyś bez spędzenia wieczoru z grupą (wtedy) ważnych dla mnie osób nie wyobrażałam sobie dnia. Dzisiaj ? dzisiaj to raczej konieczność, to raczej przymus na który sama siebie wystawiam. Wprawa mnie to tylko z znudzenie, nie buduje ale hamuje. Nie ma już we mnie z tego tytułu kwitnącej radości, to raczej dzień jak co dzień. Nic szczególnego. Może dlatego, że przywykłam już do myśli że każdy prędzej czy później odchodzi, dlatego nie widzę sensu w budowaniu głębszych relacji. Poza tym, nawet jeśli chcę, szybko zostaję kastrowana albo niemal ignorowana. Życie płynie dalej, każdy ma swoją łódź na której się rozgościł, niektórzy prą pod prąd inni dają się mu porwać. Nie widuje się często łodzi podwójnie związanych, dryfują raczej samotnie i od czasu do czasu mijają się z innymi. Wymieniają poglądami i uczą od innych jak naprawiać usterki. Ja swoje usterki o dziwo naprawiam jak na razie sama. Tak, jestem Zosia samosa. Po śmierci taty spotkało mnie tyle samo życzliwości bo nieżyczliwości, ale uczę się wyciągać z tego małe lub większe lekcje na przyszłość. Zostałam wrzucona do głębokiego zamulonego bagna i musiałam w ciągu miesiąca nauczyć się w nim pływać. Nie jest oczywiście tak, że jestem zupełnie sama, bo mam wokół siebie kilka osób które są dla mnie wartością bezcenną. Doceniam to wszystko co dla mnie zrobili. Doceniam, ale tę najgorszą robotę trzeba odwalić samemu a swoją łódź samemu naprawić. Nie chce już tłumów, nie potrzebuje krzyku, nie tęsknię za tymi ludźmi. Tatko, jak się spisuję ? myślisz że daję radę ?
Samotność pomaga mi zwalczać lęki o które co dzień się potykam.

Dzisiaj przygotowania do świat ruszyły – pierniki upieczone, niebawem zabierzemy się za zdobienie. Nie czuję tej magii. Nie chcę tych świąt.
Kiedy to się skończy.

111