Zdrada… zdecydowana większość pojmuje ją przez cielesność. Kiedy nastąpi tzw skok w bok, mówimy – zdradził/a. Z kolei ja uważam, że zdrada następuje o wiele wcześniej zanim dochodzi to wszystko do łóżka. Zdrada jest już wtedy kiedy dopuścimy tę myśl do głowy, kiedy różne działania do tego prowadzą a my się im nie przeciwstawiamy, kiedy planujemy spotkana i oboje wiemy gdzie się to skończy. Zdrada duchowa to JUŻ zdrada, to nie tylko łóżko czy zwykły pocałunek. Flirt, dwuznaczne uśmiechy, na pozór przypadkowe dotyki, to budowanie napięcia. Niemoc w przerwaniu tego aperetifu. Samo łóżko jest już formalnością, jest taką kropką na „i”. To skonsumowanie tortu który powstał przy użyciu naszych wspólnych sił. Jeśli się kocha, tak na 100%, do takich sytuacji nie dochodzi. Jasne że przechodzi nie raz przez myśl „jaki z niego świetny facet, jego kobieta ma z nim rewelacyjne życie” ale na tym się kończy – to akurat lekka zazdrość na pograniczu z podziwem. Jeśli kocham, oddaje siebie bez reszty, zatracam się po uszy i czerpię. Ciężko zachować mi trzeźwość myślenia i odczuwam wszystko z czerokrotnie większą siłą. Każda emocja jest uwypuklona do granic przesady.
Mogłabym ten stan osiągać nieustannie, 7 dni w tygodniu przez 24 godziny w dobie. Dlatego chyba tak pojmuję zdradę bo oddając całą siebie, nie przypuszczam innej opcji niż ta jedna. Możliwe że każdy z nas ma inny pogląd, ale to fajnie, bo świadczy to tylko o tym że każdy z nas jest różny.

Peace,P.