Archiwum dla Grudzień, 2014

Krawiec.

Witajcie wszyscy Ci, którzy czytają go regularnie i Ci którzy wpadają tu od wielkiego dzwonu. Tegoroczne święte mogłyby być gorsze, to jasne, ale były dosyć poplątane. Nie dość że chciałam je przespać bo to pierwsza wigilia bez taty, to na dodatek tuż przed kolacją wylądowałam na SOR. Tak tak, na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Z jakiego powodu ? hm, niosłam ostatni posiłek na stół Wigilijny i spadła na mnie potłuczona szyba z drzwi. Splot niekorzystnych zdarzeń w których brał udział mój szwagier i ja. Szyba się potłukła i spadła prosto ma moją lewą nogę. Ścięła mi trochę uda. Krew, panika, krzyk, samochód, SOR, miły doktor, miłe pielęgniarki, odkażenie, znieczulenie i szwy kosmetyczne. Krawiec który zajmował się moją nogą był niezwykle przyjemnym człowiekiem, który po wyczuciu mojego poczucia humoru pociągnął świetne dialogi dla rozluźnienia atmosfery. Gość ewidentnie czuje bluesa. W ten oto sposób, wróciłam do domu już nie z dziurą w udzie, ale z kreseczką na udzie.

Cholerne święta, nie dość że beznadziejne to na dodatek jeszcze będę miała po nich bliznę która o nich będzie mi przypominać. Fuck!

nietolerancja !

Tiaa, byłam u Pani doktor, wiemy już co mi dolega. Mam ostrą, wtórną nietolerancję laktozy. Dziękuję za uwagę. Czeka mnie bardziej niż wcześniej rygorystyczna dieta i magiczne tableteczki które mają mi zastąpić witaminki płynące z produktów mlecznych. Pół roku bitego pilnowania tego co ląduje na moim talerzu. Mleko sojowe, kokosowe, ryżowe w życiu tego nie piłam, ale czas najwyższy ich posmakować. Dla dobra mojego brzuszka. Podobno ta wtórna wymaga więcej uwagi niż pierwotna ale za to można się jej pozbyć. Czego nie można powiedzieć o pierwotnej. To co, od dzisiaj zaczynam.

Peace, P.

Heaven

Czytam co jakiś czas te swoje wszystkie wpisy i dociera do mnie że jest jeden wielki bajzel. który idealnie odzwierciedla chaos w mojej głowie. Czuję się lepiej, i mam nadzieję że tak pozostanie. Mam na to ogromną nadzieję. Ostatnie kilka dni były okropne. Wiem to najlepiej chyba tylko ja. Strach przed świętami mnie paraliżuje i doprowadza do punktu wyjścia. Po wielu godzinach myślenia dochodzę do wniosku że nie są i nie będą już nigdy dla mnie czasem wyjątkowym. Nie tylko ze względu na to jak będą wyglądały tego roku, ale głównie ze względu na to, że mój zapał do nich słabł od dawna i z roku na rok był coraz bardziej mdły. Święta święta i po świętach nie ma po prostu nad czym się tak szczególnie skupiać. Rzadko spotykam kogoś kto czeka na nie tupiąc nogami. Wykluczając oczywiście dzieci. Będą one dla mnie wyjątkowo ciężkie tego roku, ale rok temu były mdłe i bez magii. Tak będzie za rok. Zdecydowanie bardziej lubię własnie to uczucie, tę płyciznę i bezbarwność. Lepsze to niż te łzy którymi sama siebie dławię. Dzień jak co dzień, tyle tylko, że zakończony rodzinną kolacją a rozpoczęty wypiekiem z wody i mąki. Sylwester prawdopodobnie skupi mnie do przemyśleń i podsumowań. Cóż, zostawmy to na 1 stycznia.
W momentach dla nas słabych, pomimo czarnych chmur które przysłaniają nam widok na każdą lepszą perspektywę warto na chwilę się uspokoić i zerknąć na wszystko ze spokojem. Wstyd mi jest, że przez chwilę miałam myśli żeby sobie ulżyć, żeby tylko sobie pomóc. Najłatwiejszym wyjściem zawsze wtedy wydaje się pętelka, ale to żadne wyjście. Pomimo że wielu może nie myśli o mnie ciepło to ja ciepło myślę o was wszystkich. Mam rodzeństwo i postawiłam się w ich sytuacji, w sytuacji kiedy oni ledwo co otrząśnięci po śmierci taty musieliby płakać nad moją kupką ziemi. Ja tego bym nie zniosła. Postawiłam się w roli matki której swoim działaniem wyrządziłabym okropną krzywdę. Nie chcę być tchórzem i nie chcę uciekać. Chcę być tu i teraz. Życie się nie kończy, życie toczy się dalej. Do szaleju doprowadza nas ten szum, ale liczy się dobry słuch by w ten swój szum się dobrze wsłuchać i odnaleźć swoją jedyną melodię.

Czuję się lepiej i proszę was tylko o kciuki. Trzymajcie je za mnie mocno.

peace,P.

„I fought for you
The hardest, it made me the strongest
So tell me your secrets
I just can’t stand to see you leaving”

small things.

Wchodząc dzisiaj na wagę z zadziwieniem zauważyłam że moja waga nadal spada, spada pomimo mojego nietrzymana się diety i nieregularnego jedzenia. W głębi duszy cieszę się z tego, natomiast zaczynam się zastanawiać co takiego się dzieje, że nadal pikuję w dół. Cóż. Może dlatego że ciąży mi to życie które aktualnie prowadzę, możliwe. Trwanie w takim stanie jaki mnie ogarnia chyba nie jest zdrowe, ani dla organizmu, ani dla umysłu. Uczucie osamotnienia jakie mi doskwiera jest ostatnio nie do zniesienia. Wszyscy mówią „czas leczy rany” u mnie jest na odwrót, czas rany rozgrzebuje i pogłębia. Szczególnie TEN czas. Odrabiam zaległe lekcje z życia. Nie przypuszczałam że okażą się aż tak trudne. Zazwyczaj staram się myśleć że coś we mnie zmienią i utwierdzą w przekonaniu że co człowieka nie zabije, to wzmocni. Ale są chwilę kiedy mam ochotę rzucić to wszystko w cholery i zapaść się pod ziemię. Świadomość że pomimo wszystko na polu bitwy zostaje sama i mogę liczyć tylko na siebie jest smutna, ale prawdziwa. Swój wózek muszę pchać dalej sama. Nie zwrócę się do nikogo o zwykłą poradę, bo tej nawet na pozór głupiej porady nie uzyskuję. Z każdym dniem są nowe wyzwania i kolejne sprawy które trzeba zamknąć. Otwieram rano czy i myślę „no dobra, to co dzisiaj ?”. Nie mam chwili na wytchnienie. Cięgle biegam z nadzieją że te gonienie własnego ogona mi pomoże, nie pomaga, nie na dłuższą metę. To tak jak z alkoholem, zapewnia Ci chwilowe wytchnienie… ale tylko chwilowe. A ja szukam stałego wytchnienia i mojej słodkiej ciszy którą mogłabym się otulić kiedy bym tylko chciała. Szukam tego swojego kawałka nieba, gdzie jesteś ? Rozpadam się w pył. Tak. Pogubiłam się.

Jest coraz gorzej. Co mogę jeszcze zrobić.

Peace,P.

porządki, wreszcie.

Wreszcie się zebrałam na porządki w miejscach które były królestwem mojego taty. Jego mały przybornik naprawczy który zajmował pół segmentu w piwnicy zalał mnie swoimi tajemnicami. Multum małych elementów których przeznaczenie znał tylko tata stanęły przede mną ze znakiem zapytana „co teraz z nami będzie?”. Rozłożyłam się na podłodze z całym tym arsenałem i śrubka po śrubce segregowałam. Sentymentalnie łączę się z różnymi przedmiotami dlatego też mam całe reklamówki i kartoniki rzeczy które mocno mi się z czymś miłym kojarzą. Zbieram to wszystko i często wracam do tego z ciepłem w sercu. Nie umiem opisać co czułam jak to wszystko robiłam… nie byłam smutna ani przygnębiona. Raczej pełna zadumy i zadowolenia że każdą rzecz dotykał kiedyś tata, że mam tu jego kawałek. Stare śrubokręty które pamiętają budowę domu, stare śrubki które pamiętają moje widzimisie w pokoju, kółka, zaślepki, elementy pozostałe po zniszczeniach sprowokowanych przeze mnie. Nie sposób tego wyrzucić. Segregowałam i wiem przynajmniej co mam i gdzie to wszystko jest, wiem że jeśli będzie potrzeba coś znaleźć bez trudu sięgnę do odpowiedniego pojemnika. Pozbyłam się między innymi reklamówki świątecznych lampek które albo nie działały albo działały w mniejszej części. Wiem że wkurzyłbyś się bo zawsze uważałeś że można to naprawić. Prawdą jest, że jako jedyny wiedziałeś jak to uszykować. Pamiętam jak mnie tego uczyłeś ale przyznaję się bez bicia – nie pamiętam. Kupię nowe. Strasznie za Tobą tęsknię tatko, nie wchodzisz już do pokoju żeby na mnie warknąć że za głośno muzyka, nie śmiejesz się z moich pierwszych kroków w kuchni, nie słyszę Twojego kaszlu za ścianą. Brakuje tu nam Ciebie. Jest pusto. Przepraszam Cię za wszystkie błędy które popełniłam, ale uwierz, starałam się by było ich jak najmniej.

Pod wpływem różnych zdarzeń w życiu człowiek odkrywa siebie na nowo. Jestem na to żywym dowodem… w ciągu ostatniego pół roku zmieniłam się tak, jak nigdy bym nie przypuszczała. Czerpię radość z innych rzeczy, innych rozmów i spotkań. Kiedyś bez spędzenia wieczoru z grupą (wtedy) ważnych dla mnie osób nie wyobrażałam sobie dnia. Dzisiaj ? dzisiaj to raczej konieczność, to raczej przymus na który sama siebie wystawiam. Wprawa mnie to tylko z znudzenie, nie buduje ale hamuje. Nie ma już we mnie z tego tytułu kwitnącej radości, to raczej dzień jak co dzień. Nic szczególnego. Może dlatego, że przywykłam już do myśli że każdy prędzej czy później odchodzi, dlatego nie widzę sensu w budowaniu głębszych relacji. Poza tym, nawet jeśli chcę, szybko zostaję kastrowana albo niemal ignorowana. Życie płynie dalej, każdy ma swoją łódź na której się rozgościł, niektórzy prą pod prąd inni dają się mu porwać. Nie widuje się często łodzi podwójnie związanych, dryfują raczej samotnie i od czasu do czasu mijają się z innymi. Wymieniają poglądami i uczą od innych jak naprawiać usterki. Ja swoje usterki o dziwo naprawiam jak na razie sama. Tak, jestem Zosia samosa. Po śmierci taty spotkało mnie tyle samo życzliwości bo nieżyczliwości, ale uczę się wyciągać z tego małe lub większe lekcje na przyszłość. Zostałam wrzucona do głębokiego zamulonego bagna i musiałam w ciągu miesiąca nauczyć się w nim pływać. Nie jest oczywiście tak, że jestem zupełnie sama, bo mam wokół siebie kilka osób które są dla mnie wartością bezcenną. Doceniam to wszystko co dla mnie zrobili. Doceniam, ale tę najgorszą robotę trzeba odwalić samemu a swoją łódź samemu naprawić. Nie chce już tłumów, nie potrzebuje krzyku, nie tęsknię za tymi ludźmi. Tatko, jak się spisuję ? myślisz że daję radę ?
Samotność pomaga mi zwalczać lęki o które co dzień się potykam.

Dzisiaj przygotowania do świat ruszyły – pierniki upieczone, niebawem zabierzemy się za zdobienie. Nie czuję tej magii. Nie chcę tych świąt.
Kiedy to się skończy.

111

łooop

Zdrada… zdecydowana większość pojmuje ją przez cielesność. Kiedy nastąpi tzw skok w bok, mówimy – zdradził/a. Z kolei ja uważam, że zdrada następuje o wiele wcześniej zanim dochodzi to wszystko do łóżka. Zdrada jest już wtedy kiedy dopuścimy tę myśl do głowy, kiedy różne działania do tego prowadzą a my się im nie przeciwstawiamy, kiedy planujemy spotkana i oboje wiemy gdzie się to skończy. Zdrada duchowa to JUŻ zdrada, to nie tylko łóżko czy zwykły pocałunek. Flirt, dwuznaczne uśmiechy, na pozór przypadkowe dotyki, to budowanie napięcia. Niemoc w przerwaniu tego aperetifu. Samo łóżko jest już formalnością, jest taką kropką na „i”. To skonsumowanie tortu który powstał przy użyciu naszych wspólnych sił. Jeśli się kocha, tak na 100%, do takich sytuacji nie dochodzi. Jasne że przechodzi nie raz przez myśl „jaki z niego świetny facet, jego kobieta ma z nim rewelacyjne życie” ale na tym się kończy – to akurat lekka zazdrość na pograniczu z podziwem. Jeśli kocham, oddaje siebie bez reszty, zatracam się po uszy i czerpię. Ciężko zachować mi trzeźwość myślenia i odczuwam wszystko z czerokrotnie większą siłą. Każda emocja jest uwypuklona do granic przesady.
Mogłabym ten stan osiągać nieustannie, 7 dni w tygodniu przez 24 godziny w dobie. Dlatego chyba tak pojmuję zdradę bo oddając całą siebie, nie przypuszczam innej opcji niż ta jedna. Możliwe że każdy z nas ma inny pogląd, ale to fajnie, bo świadczy to tylko o tym że każdy z nas jest różny.

Peace,P.