Im więcej obowiązków i zobowiązań tym lepiej. Im mniej czasu na odpoczynek, tym lepiej. Jest taki moment, że pomimo iż nie mam gdzie wsadzić rąk bo tyle obowiązków w pracy i w domu to czuję się wspaniale. Czuję się rewelacyjnie, bo widzę efekty które zaprocentują na przyszłość… moją przyszłość. Wiem, że to wszystko sprawia mi niesamowitą frajdę i daje kopa do przodu.

Pomijając pracę i domowe obowiązki, to jeszcze ta zwykła rozmowa z człowiekiem którego znam od urodzenia daje ogromną radość i przede wszystkim od cholery uczy. Doświadczenie życiowe którym może moja mama się pochwalić, to ogrom bagażu. W życiu przeszła dużo i widzę jak dzieli się ze mną każdym kawałeczkiem po troszku. Nie na raz, wszystkim, ale po trochu, każdym cięższym, weselszym momentem ze swojego życia. I cieszę się, że staję się częścią tego wszystkiego. Widzę, jak chce mi te doświadczenie swoje przekazać słowem. Jednocześnie czuję wstyd przed samą sobą, że tak późno. Mam 23 lata, a dopiero poznaję własną matkę, poznaję ją z tej innej strony z tej spokojnej i łagodnej. Takiej… matczynej której nie zaznałam kiedyś, kiedy 24 godziny w dobie to było dla niej za mało. Kiedy dzieliła życie między nas, a pracę i ciągle była w biegu. Wtedy mamę kojarzyłam jako członka rodziny, który tylko karcił, nie rozmawiał i nie próbował zrozumieć, bagatelizował i ignorował. Nagle, kiedy wszystko się nam wywróciło do góry nogami, ona razem z tym wszystkim fiknęła wielkiego kuksańca. Nagle w drzwiach staje mama, która usiądzie, porozmawia, zrozumie, wytłumaczy, ostudzi, da siłę i pomocną dłoń. Wtedy wychodzi na jaw jak dobrze ona mnie zna… spojrzy kilka razy i potrafi ocenić czy jestem smutna, zła, zmęczona, czy radosna. Z pełną dumą i podziwem stwierdzam, że tak jak moja matka, człowieka zna mało kto. I widzę jak uczy mnie tego wszystkiego co sama już potrafi. Tej znajomości drugiego człowieka, tego podchodzenia do wielu spraw z odpowiednią rezerwą. Odsunięcia się na chwilę od ciężkich sytuacji i spojrzenia na nie z odległości. Udowadnia mi, że walczenie byleby walczyć nie ma sensu… po co tracić energię na rzeczy które się już nie zmienią.

Mam szeroko otwarte oczy i uszy.. widzę i słyszę co wokoło mnie się dzieje i w tym całym kieracie jestem otoczona jakąś bańką. Jedyne co mam, to satysfakcję że przewidziałam większość rzeczy które się wydarzą, Stało się to, czego się spodziewałam i wielokrotnie to mówiłam.

Ja by to powiedziała mama ? „daj se spokój dzieciaku i wyluzuj”.

 

dzięki, cześć

 

Peace, P.

 

 

EDIT :

hmm… rowerek, rowerunio… tak wspaniale się spędza z Tobą czas. Kolejne kilometry pękają, ale my nie ! :) Miłego piątkowego wieczoru dla wszystkich !