Człowiek – taki dziwny organizm, który jak  żaden w przyrodzie lubi i potrafi pod pretekstem organizacji w swoim życiu szczęścia, unieszczęśliwić siebie samego najbardziej. Pisząc to odnoszę się TYLKO do miłości. Tylko o niej chce dzisiaj pisać i ostatnio dużo myślę.

Jak można odepchnąć osobę najważniejszą dla siebie, od siebie bo strach przez ubezwłasnowolnieniem jest silniejszy. Strasz przed czymś, co może wpłynąć na Twoje decyzje i postępowanie. To ona budzi w nas dużo innych emocji które są jej elementami. Miłość, bezbronność, bliskość, fascynacja, przynależność. To ona właśnie często Cię ogranicza, nie zawsze, ale często. Nie mam tu na myśli ograniczenia kariery, nie o tej materii mówię. Mam na myśli ograniczenie emocjonalne. Zakochany traci trzeźwość osądu, kierują nim całkiem innego rodzaju instynkty. Coś innego podszeptuje mu rozwiązania. Już nie jest sam. Dzieli wszystko na dwa. Nie jest taki jak wcześniej, nie jest silny, skuteczny, arogancki, gruboskórny. Dlatego jeśli widzi, że ktoś zbliża się za mocno a emocja rośnie na sile, ucieka. Bo chce być arogancki, silny,skuteczny i gruboskórny. Nie chce by ktoś inny przez jego słabość do drugiej osoby zyskał nad nim kontrolę. Chce iść do przodu, ale nie potrafi iść we dwójkę więc jednocześnie szczęśliwy, bo „wolny” i nieszczęśliwy bo zakochany musi przeć do przodu. Sam.

Nie boi się odrzucenia, nie boi się straty, nie boi się pustki, nie boi się bólu, nie boi się smutku i dziury w sercu, bo nawet się tego nie spodziewa. Nie ma nikogo, kto może mu to zafundować. Jest sam :) szczęśliwy i nieszczęśliwy jednocześnie. Ale nieszczęśliwy w taki swój pokręcony, zdrowy sposób.

 

Peace, P.