siódmego czerwca pochowałam swojego tatę. Zakopałam 2,5 metra pod ziemią część mnie, pożegnałam jedną z osób która mnie stworzyła i ukształtowała na takiego człowieka jakim jestem. Czuję czarną dziurę w sercu i niesamowicie przejmujący ból. Czuję pustkę. Czuję pustkę w każdym możliwym wymiarze, czuję żal do siebie za słowa które powiedziałam i za te których nie powiedziałam. Czuję ciężar wspomnień najgorszego dnia w życiu. Na barkach noszę ogromny kamień który ciągle dociska mnie do ziemi. Śmierć zmienia i ocenia ludzi, śmierć osądza ludzi. Śmierć zapędza ludzi w ślepą uliczkę. Największą prawdą na świecie jest powiedzenie – przyjaciół poznaje się w biedzie. Dobry przyjaciel w takim momencie jest najlepszym powiernikiem i podporą. Reszta osób którymi się otaczasz rozmywają się przez łzy. Są zakłopotani wystraszeni. Odwracają się w najmniej odpowiednim momencie.

 

życie, witaj. To ja, przepraszam i proszę… pomóż mi. Pomóż mi bo dzisiaj boli mnie każda kostka. Daj mi ulgę… daj mi spokój wewnętrzny, proszę. Zabij we mnie złość, żal, smutek, tęsknotę… zabij we mnie ten 5 czerwiec. Zabij we mnie tę 11:50… zabij we mnie ten drugi zjazd, zabij we mnie jęk, ostatni oddech i zimny policzek…  zabij we mnie wszystko…

 

życie, daj mi … proszę… siłę cierpliwość, dużo pokory i zrozumienia.